Jan 13 2009

Odczepcie się od adminów

Published by asiaque under there is a world out there

Straszna rzecz dziś się stała, Gazeta.pl pocztę zaspamowała.

Ktoś tam odkrył, że po wysłaniu na ankieta@gazeta maila dostanie cała gazetowa brać forumowa. Jeden wyznał miłość Violi, drugi pozdrowił koleżankę skądśtam, cała reszta, uradowana darmowym mailingiem reklamowym z potężnym targetem wysyłała czemprędzej setki reklam swoich biznesów. No i chuj, bo ja nie o tym, jeno o komentarzach, jakie się przy takich okazjach pojawiają na sieci.

Każdy serwis internetowy – zwłaszcza taki webdwazerowy, posiada, według dzieci neostrady, “admina”. “Admin” to mityczna postać zarządzająca całością serwisu. Wiadomo o nim tyle, że rozmawia z butami, może wszystko, a jego hasło to GOD.

Gdy przelicytujesz sobie klonem aukcję, a dyżurny z Allegro wyłapie to swoim skryptem i upieprzy ci oba konta, kogo oczernisz na forum? “Admina Allegro”.

Gdy twój internetowy bank wyśle ci spama, w którym będzie link prowadzący do http://127.0.0.1/ albo coś równie głupiego, kogo obśmiejesz? “Admina *banku”.

Gdy jednej czy drugiej sierocie z działu marketingu, obsługi klienta, webmarketingu czy innej sprzedaży omsknie sie palec przy korzystaniu z dostępnych im narzędzi, o kim napiszesz posta na forum czy blogasku? O lamerskim, tak, właśnie, “adminie gazety”.

Newsflash: admini – ci prawdziwi – psują najrzadziej. Uprasza się o niepsucie nam reputacji. Dziękuję.

6 responses so far

Dec 23 2008

Gdyby kózka nie skakała…

Published by asiaque under kitties

…to wiadomo co.

Kot Glut ma około 5 miesięcy. UkradliśmyUratowaliśmy go pewnego wietrznego wrześniowego wieczora z pewnej działki na Jasieńcu. Szukaliśmy jedzenia, knajpa była zamknięta, oddalając się skonstatowaliśmy, że coś miauczy tak głośno, że przekrzykuje hulający wiatr. Wróciliśmy godzinę później zaopatrzeni w latarkę, zawołaliśmy kota, kot odpowiedział wniebogłosy pozwalając się namierzyć, po czym, po kostki w błocie, dotarliśmy do celu. Za ogrodzeniem oddzielającym błotniste pole od posesji jakiegoś kawiora ujrzeliśmy szopę na narzędzia, za nią zwój siatki, a w tym zwoju zaplątane małe, szare, pręgowane kocię. Po godzinnej akcji ratunkowej, w trakcie której nie obeszło się bez naruszenia integralności płotu zawsze przydatnym Leathermanem, którego Rekin nosi przy dupie, kot był nasz. I to był początek kłopotów.

Glut w cyckach

Glut w cyckach

Dwa dni później rozhisteryzowani jechaliśmy na sygnale na ostry dyżur, bo kocię, mieszczące się jeszcze w dłoni, postanowiło równie radośnie co lekkomyślnie [1] zeskoczyć mi z ramienia na podłogę w kuchni. Nic się zresztą nie stało, prócz tego, że kot był odrobinę kołowaty, ale mieliśmy już przedsmak tego, co nastąpić miało później.

Kolejne pechowe wydarzenie miało miejsce parę tygodni później. Glut przyszedł w niedzielę rano skarżąc się, że został pobity. Inspekcja wykazała, że któraś z wrednych futrzanych kurew naszych kochanych kocic walnęła go łapą w ryj, trafiając niefortunnie pazurem w oko. Znów na sygnale do lekarza, histeria i lęk. Naruszona rogówka, antybiotyki, antyzrosty, antyoczkowypady. Wygraliśmy z oczkiem, kot ma jedną źrenicę nieco bardziej, a my od tego czasu regularnie tniemy rudym małpom pazury.

I wreszcie wczoraj: kot dziwnie chodzi, jakby skulony, powłóczy tylnymi łapkami, nie ma siły skakać. Pełni najgorszych myśli wsiedliśmy o 1am do samochodu i pojechaliśmy do lecznicy. Tam okazało się, że kot ma potłuczony kręgosłup w odcinku lędźwiowym; prawdopodobnie spadłszy na plecy. Ponieważ na miejscu była maszyna RTG, zażądaliśmy prześwietlenia. Kości okazały się być całe, za to pani doktor wyraziła podziw co do ilości jedzenia, jaka mieści się w Glucie. Na 2kg kotka (kilo dziewięćdziesiąt pięć na wydechu) zawartość foodu to na oko jakieś kilo dwadzieścia. “To jedzenie jest wszędzie“, powiedziała pani wet pokazując w zadumie palcem na zdjęcie rentgenowskie, a w jej głosie przebrzmiewała lekka nuta zazdrości. Kot dostał zastrzyk przeciwbólowy i noc spędził, protestując, w kontenerku.

Dziś poprawiliśmy sobie humor spędzając trzy godziny w naszej zwykłej lecznicy, gdzie pan doktor kłujnął Gluta w kręgosłup, potwierdził diagnozę i skierował nas na laser i rezonans magnetyczny (i tak pięć do dziesięciu razy). Siedząc z Glusią na kolanach na zmianę to czytałam “Atonement”, to zastanawiałam się, do czego jeszcze ta mała rozrabiara jest zdolna. W sumie nic nie chcę mówić, ale Maryśka, gdy była w wieku Gluta, łaziła z nogą w gipsie (rezultat wypadnięcia z drugiego piętra). Na Napoleońskiej nie ma skąd skakać, ale i tak jest zajebiście.

Trzymajcie kciuki, bo się martwię.

[1] to “myślnie” mi nie pasuje w odniesieniu do kotka; niech będzie, że lekko-liczo-całkowo [2]

[2] gdy kot wygląda, jakby myślał, to tak naprawdę liczy całkę

3 responses so far

Nov 24 2008

Ja tu tylko klikam

Published by asiaque under jojcz

Kiedyś to było fajnie. Można było trollować do upadłego i pies z kulawą nogą się nie zorientował, że ty to ty (no, z dokładnością do pałer nerdów czytających nagłówki tudzież logi z apacza, ale i na to były całkiem niezłe sposoby). A dziś?

Google (cześć, chłopaki) wiedzą, że ja, zalogowana przypadkiem do swojego konta pocztowego, szukam sobie czasem “dean winters naked” (oops), czytuję parę naprawdę upiornych blogasków i w dodatku zdarza mi się przeglądać dość kompromitujące grupy dyskusyjne.

Włażę po linku na czyjegoś blogaska na bloggerze (ukrytego pod własną domeną) i tam też już wiedzą, kim jestem i usłużnie podsuwają, bo zahasłowany, że mogę się skontaktować z właścicielem. Ocieram pot z czoła z ulgą, że nie wykonali tego właśnie za mnie, bo, dalibóg, nie to było moim celem. Po prostu kliknęłam sobie w link, bo lubię.

Ale to piiikuś.

Lurkuję sobie czasem po n-k, bo to zupełnie jak wikipedia, jeno hasła znane z twarzy. W “nowych zdjęciach twoich znajomych” widzę kolejne nudne zdjęcie nudnego dziecka nudnego znajomego, klikam, żeby się schowało, a pięć minut później mail: “Cze! widziałem, że wlazłaś na mój profil, co słychać?!” [1] Wyłączam zatem w diabły gizmo odpowiadające ponoć za prezentację wizyt na cudzych profilach – ale daremnie, bo pomimo to tydzień później zostaję uraczona kolejnym znienacka-mailem od innego odwiedzonego koleżki. Czas zmienić dane na Konto Usunięte.

Włażę czasem, też po linkach, na czyjś kokpit na blipie, a dwie sekundy później widzę “wypad, anonimie! ^@#”. WTF? Czy nie da się już przeglądać czegoś bez bycia werbalnie molestowanym?

Klikam nieopatrznie na wszechobecną reklamę imdb pro. Dostaję między oczy ofertą cenową (2 tygodnie za darmo, a potem konsekwencje fine printu, który mówi, że $19,99 za miesiąc – czy jakoś tak, chyba ich porąbało) i formatkę do wklepania numeru karty kredytowej. Yeah, right, so long, suckers. Godzinę później na skrzynce mam maila, że zapomniałam dokończyć rejestracji i proszę, tu jest link. GHAAAA!!!

Oddajcie mi mój stary internet, bez informacji, kto komu gdzie wchodzi i w co, bez nadinterpretacji, wg których kliknięcie w jakiś zabłąkany link oznacza bez mała olbrzymie zainteresowanie tematem czy osobą, bez cross-sellingu i integracji wszystkiego z wszystkim. Pretty please? Bo ja tu tylko klikam.

[1] Mój kolega w takich wypadkach zwykł odpowiadać “Fgner xhejl avr pupą [2] mqlpunć” i absolutnie się z nim zgadzam.

[2] ROT13 FAIL

3 responses so far

Nov 22 2008

Pierwszy śnieg w nowym domu

Published by asiaque under there is a world out there

Jest godzina prawie-11-rano. Dobrze jest siedzieć w ciepłym domu i popijać kawę zagryzając jednym z upieczonych wczoraj muffinów czekoladowo-pomarańczowych, gdy za oknem biblioteki jest tak pięknie:

Widoczek z balkonu

Widoczek z balkonu

Drugi widoczek z balkonu

Drugi widoczek z balkonu

Modrzew trochę wyłysiał

Modrzew trochę wyłysiał

Kot Glut chce na śnieg

Kot Glut chce na śnieg

One response so far

Oct 14 2008

Plony poniedziałku 13-go

Published by asiaque under there is a world out there

Nigdy nie rozumiałam, dlaczego to piątek-trzynasty ma być dniem pechowym, wszak każdy piątek zwiastuje weekend, a wtedy to już przecież sama radość. Poniedziałek-trzynasty… o, to inna historia.

Rano stłukła się szklanka, po południu – druga, za to na zapleczu sushi-baru, w którym akurat spożywaliśmy, wieczorem – szybka od ramki na zdjęcia, która widać przeszkadzała kotku. Wyszliśmy z pracy, żeby zdążyć na 16, bo pralka – oczywiście klasa robotnicza nie zjawiła się przed 17:30. A potem jeszcze jedna baza danych uznała, że czas się zwartusić – i miast leżenia do góry wentylem była jazda na sygnale do firmy. Mazel tov!

Za to pralka jest tak śliczna i kosmiczna, że chyba będę do niej składać modły, polerować jej czerwony metalik szmatką i jeździć regularnie na myjnię w celu woskowania (yeah, right, 100 kilo żywego Samsunga).

No responses yet

Oct 11 2008

We’re just two lost souls swimming in a fish bowl

Published by asiaque under bizarre

Są rzeczy, których sama bym nie wymyśliła. Śniło mi się więc, że skończyłam jakieś dziwne studia, a mój ojciec po drugiej stronie globu zarządza agencją towarzyską, w której pracują MILF-y. Ustalono w związku z tym, że mój brat jest flufferem (ukłon w stronę Boogie Nights), jizz-mopperem (hello, Clerks), a może nawet i pimpem. We śnie wszyscy nienawidzili mojego salonu – K. poszła spać do łazienki, A. wybrał nocleg w piwnicy, a kot Dynia – miejsce pod łóżkiem w sypialni. Pan w taksówce namawiał mnie na złożenie dotacji dla Radia Co Ma Ryja. Alkohol lał się strumieniami, a pod A. dodatkowo załamało się krzesło w knajpie.

Obudziłam się i życie wydaje się być tak samo nudne jak przedtem. Mój ojciec pracuje jako programista i wdraża rozwiązania Microsoftu u kangurów. K. przecież jest w Warszawie, a A. gdzieś w Bieszczadach. Kot Dynia spokojnie śpi na kanapie w salonie, a wszystkie krzesła są całe i zdrowe, tylko na obrusie zalągł się dziwny wykwit.

Piękną jesień mamy w tym wariatkowie.

No responses yet

Oct 06 2008

Polska:Niemcy 0:1

Published by asiaque under jojcz

Kupiłam jakiś czas temu na Allegro fotele. Wyrąbiste, bauhausowe, brązowy sztruks, pełen wypas. Sprzedająca – Polka – zachwalała rewelacyjnie zachowany towar.

Fotele przyjechały szybko. Zawiozłam do domu, rozpakowałam, powąchałam i odrzucił mnie przejmujący smród kociego moczu (o którym w opisie aukcji próżno szukać wzmianki). Oddałam je zatem do pralni, gdzie po wypraniu zgodnie z instrukcją na metce fotele rozpadły się w drobny mak.

Napisałam do sprzedającej uprzejmą informację o zaistniałej sytuacji z pytaniem o propozycję rozwiązania sytuacji – w odpowiedzi otrzymałam niegramatyczne sugestie (całe CAPS-em), gdzie mianowicie mam się udać, wraz z dokładną analizą mojej osobowości. Jestem otóż infantylną i nieuczciwą wyłudzaczką, która tylko czyha na biednych sprzedawców, by oskubać ich z kasy, a fotele pewnie obsikałam sama.

Wystawiłam zatem bez żalu pierwszego negatywa w dziejach mojego ośmioletniego bycia na Allegro.

Tydzień temu wyklikałam na Allegro grafikę.

Pomyliłam się w kwocie przelewu o dwa złote na korzyść sprzedającego. Sprzedający – Niemiec – zauważył to i odesłał (choć pewnie przelew kosztował go sporo więcej…).

Grafika przyszła w dość miękkiej tubie, po otwarciu – okazała się zmaltretowana i pognieciona. Z pewną rezygnacją (kolejna allegrowa wtopa…) napisałam do pana sugestię, że na przyszłość mógłby pakować w coś twardszego.

Godzinę później przyszedł mail. “Przepraszam, naturalnie za chwilę wyślę drugą, tym razem w twardszym opakowaniu.”

Dwa podejścia, jakże odmienne.

One response so far

Sep 16 2008

Lubię ładne

Lubię przedmioty misternie wykonane, starannie dobrane kompozycje kolorystyczne, miękkie materiały, dobre pomysły. Lubię, gdy otaczają mnie ładne rzeczy. Bardzo ubolewam, że estetyka jest ostatnią rzeczą, o której myśli przeciętny rodak.Spróbuj kupić dowolny przedmiot w dowolnym sklepie. Będzie zapewne funkcjonalny, niejednokrotnie solidny i trwały. Być może będzie w przystępnej cenie. Mała szansa, że do tego wszystkiego będzie ładny.

 

Galeria w dużym mieście. Dużo jelonów i kwiatów w wazonie. Dwa dzieła sztuki, które odważyłabym się powiesić w domu. Na żadne z nich mnie nie stać.

 

Miasto. Przystanki, latarnie, budki. Wszystko blaszane, plastikowe, brzydkie i smutne. Niepasujące do otoczenia.

 

Proza życia. Deski klozetowe. Sto kolorów i wzorów. Jedne tandetniejsze od drugich. Zatopione w bąbelkowym glucie rybki, żyletki i drut kolczasty. Nieładne kolory. Sprzedają się świetnie. Neutralne, białe, a solidnie wykonane deski – dwie. Obie białe. Ładnych – zero.

 

Allegro. Ponoć kopalnia okazji i urodziwych rzeczy. Ale jeśli nie podobają ci się tryptyki z makami/Murzynkami/aniołkami czy stylistyka do “art deco” włącznie, hurtem sprowadzana z Holandii – nie masz czego szukać. Współczesny design reprezentują meble Bodzio-like, IKEA i plastiki od Kartella. Wszystko pomiędzy to peerelowski, czasem enerdowski seryjny syf, wyeksploatowany do granic wytrzymałości, rozlatujący się przy dotknięciu, smutny i niewart spojrzenia.

 

Ludzie. Głównie mężczyźni. Wszyscy w szarych, czarnych czy granatowych kurtkach, spodniach, swetrach, kupionych na bazarach oferujących to samo każdemu, w sklepach powielających te same produkty opatrzone inną metką.

 

Gust seryjnego odbiorcy, seryjna estetyka, trzy wzory i cztery kolory na krzyż. Produkujemy tylko to, co aktualnie modne, za to w dużych ilościach. I tak się sprzeda, przecież nikt nie zwraca uwagę na to, czy to ładne.

 

Homo sovieticus cieszył się, gdy do kupienia było cokolwiek. Stąd pewnie kompletna obojętność na brzydotę, powszechny brak gustu.

 

A ty, esteto, buszuj sobie tęsknie po amerykańskim internecie. Śliń się do sklepów, w których za niewielkie pieniądze możesz kupić prześliczne rzeczy. Nie, nie wyślą ci tego do Polski. A nawet jeśli znajdzie się naiwny, który jeszcze wysyła – za shipping zapłacisz równowartość towaru, za cło i vat drugą, a towar i tak przyjdzie rozbebeszony przez firmę udającą pocztę, połamany czy potłuczony i smutny. Więcej nie zamówisz.

 

Proszę mi więc nie mówić, że włącza mi się nesting mode, jak tylko kwiknę z zachwytu nad asortymentem dostępnym w zagranicznym sklepie internetowym czy gdy wydam dwudniowe zarobki na nową pościel w brązową kratkę. Ja po prostu lubię ładne.

3 responses so far

Jul 23 2008

Crowded House, Sopot 2008

Sopot jest ślicznym miastem i wcale się nie dziwię, że ludzie płacą tam jakieś niewyobrażalne pieniądze za metr kwadratowy mieszkania. Jest morze (no, byle jakie, ale jest), są górydoły, sporo lasu, blisko miasto, blisko zadupie, małe, kręte uliczki i klimatyczne knajpki z fantastycznym jedzeniem.
Sopot zyskuje na urodzie, gdy pretekstem do odwiedzenia go jest dobry koncert. Nawet taki w Operze Leśnej. Byłam tam pierwszy raz (jako że koncerty, z racji pączkującej w dużych skupiskach ludzkich agorafobii, preferuję na dvd) i spodziewałam się chyba czegoś bardziej podobnego do… no, do opery. A gdzie tam. Drewniane ławki i komary. Drewniane deski przed sceną. Ale ja nie o tym.
Zespół – Crowded House – w Polsce praktycznie nieznany, no, może z jednej czy dwóch piosenek. Za to u mnie gdzieś w okolicach top10ever, jeszcze z czasów, gdy naprzywoziłam sobie ich nagrań z NZ (na kasetach, a jakże). Neil Finn, facet fenomenalnie uzdolniony – niektórzy określają go McCartneyem antypodów – a do tego bezpretensjonalny, uprzejmy i sympatyczny. Widownia świeciła pustkami, zajęte były może dwa na cztery sektory. Publiczność: 70% ciotki typu Radio Złote Przeboje, 20% zaplątani Australijczycy, 10% asiaki i ich znudzone boyfriendy. Piosenek nie znali, więc przez pół koncertu było drętwawo (ciotki próbowały klaskać i robić falę, co było lekko tragikomiczne). Potem Neil stwierdził, że dość tego przysypiania – i zaprosił publiczność pod scenę. I dopiero się zaczął prawdziwy koncert.
Aha, nie wolno było robić zdjęć. To robiłam, bo co mi tam.

Crowded House

Crowded House

Crowded House

One response so far

Jul 06 2008

Suburbia

Śliczny dziś od rana był dzień. Google Weather or whatever twierdziło, że +34, a w słoneczku kwitły kwiatki
kwiatek
i kotki.
kotek w kwiatku
Wdzialiśmy zatem okulary słoneczne i sandałki i poszliśmy przejść się po okolicy. Złotno jest na tyle blisko centrum, by do pracy było 15 minut naszą trasą – i na tyle daleko, że da się je nazwać po prostu wsią.

jajka
Jakieś czterysta metrów od naszego domu kończy się suburbia
suburbia
i zaczynają się długie pasma łąk, poprzetykane gdzieniegdzie nowobudowanymi domkami.
łąkaOczywiście za jakieś 10 lat będzie tu gęsto od zabudowy – dlatego warto cieszyć się zielenią, póki jest. Rosną więc sobie drzewa orzechowe z owocami budzącymi różne skojarzenia (R. zapragnął naleweczki, ja zgoła czego innego).
orzechy Wychodzimy zza węgła, a tam KUŃ! Całkiem prawdziwy.
kuń A po chwili, po drugiej stronie drogi, drugi.
drugi kuń I róże. Dużo i ładne.
róże Gdy już zdążyliśmy zgłodnieć, wyrosła przed nami knajpa Sielsko serwująca całkiem przyzwoitą kuchnię polską w ładnym otoczeniu – drewniane siedziska, poduchy, dużo zieleni. Fajnie.
sielsko Ledwo toczyliśmy się do domu. Przy pierwszym domu przy naszej ulicy przywitał nas elegancki, czarno ubrany lokaj z białym krawatem.
lokaj I wróciliśmy do domu.
kwiaty przed domem

No responses yet

Next »